Kim będziesz, gdy dorośniesz?

Za każdym razem, kiedy ktoś pytał o mój autorytet, odpowiadałam, że nie wierzę w autorytety. Co było nieintencjonalnym, ale ogromnym kłamstwem.

Moja mama najlepiej podsumowuje zasadę, na jakiej działa moja psychika – zawsze muszę mieć wroga i boga. [Największym sukcesem Trzynastki dla mnie jest to, że udało jej się zostać i tym, i tym w mojej głowie.] I tak właśnie było – zawsze miałam swój panteon bogów, a z czasem przede wszystkim bogiń, postaci i ludzi, w których wierzyłam, których podziwiałam, o których zawsze myślałam, którymi chciałam być. Tak po prostu jest – mój mózg funkcjonuje, żywiąc się taką fascynacją, lekko zazdrosnym podziwem, pożyczając cechy od kolejnych „bogów”. Nie uważałam ich za autorytety, bo „autorytet” brzmi jak ktoś, do kogo chce się być podobnym. A ja nie chciałam być podobna do tych ludzi – chciałam być tymi ludźmi.

 Kiedy byłam pytana o to, kim chcę zostać w przyszłości, nie mówiłam zazwyczaj – „historyczką sztuki”, „wykładowczynią akademicką”, „kimś, kto zbierze najwięcej stopni naukowych, jak to możliwe”, „muzealniczką”, choć wszystkie te odpowiedzi są dla mnie prawdziwe. Mówiłam raczej – „chcę być kimś, kogo zawsze pyta się o zdanie, kiedy dzieje się coś ważnego w humanistyce – trochę jak Umberto Eco”, albo „kimś, kto umie przekuwać każdą słabość w siłę – jak Artemisia Gentileschi” , albo „kimś, kto kompletnie odmieni historię sztuki – jak Linda Nochlin”. Potrzebowałam precyzyjnych wzorców osobowych, postaci, które wydawały mi się tak bliskie i znajome, może nawet bliższe niż przyjaciele. Tak było od zawsze i obarczam winą moją tragiczną skazę, jaką jest konieczność przeglądania się w oczach innych, walidacji i akceptacji osób trzecich. W dzieciństwie pochłaniałam encyklopedie historyczne, zachwycając się kolejnymi postaciami oddalonymi ode mnie o setki lat; potem przeszłam do młodzieżówek, i, tak zdziwiona, że znajduję w nich postaci podobne do mnie, chciałam być nimi.

To nie zawsze coś złego – takie wzorce bardzo pomogły mi zrozumieć, kim jestem, a z czasem nabrać jakiejkolwiek pewności siebie. Odkrycie, że to, że w dziecięcych encyklopediach historycznych nie było kobiet, wcale nie oznaczało, że nie osiągały wspaniałych rzeczy, było dla mnie ogromnie ważne. Zbudowałam sobie panteon ze słynnych, silnych kobiet i starałam się na nich wzorować, podpatrzeć, skąd wzięły swoją moc. Myśląc, w chwilach, gdy ktokolwiek we mnie wątpił [przeważnie ja sama] – „skoro one dały radę, ja też”. Moja lektura biografii tych kobiet w gimnazjum i liceum nie była tylko aktem zainteresowania tymi postaciami – była przeżyciem niemal religijnym, kiedy czułam tak przemożną bliskość z nimi, kiedy stapiałam się w jedno z każdą z nich, kiedy wreszcie, wreszcie czułam się rozumiana, swoja własna, prawdziwa.

Bo nie ma nic bardziej oszałamiającego niż poczucie zrozumienia.

Żartowałam zawsze, że jeśli już musisz mieć autorytet, wybierz kogoś martwego – już nie ma jak cię rozczarować. Jednak mój panteon zdecydowanie nie ograniczał się do postaci historycznych. Nie mógł, od kiedy trafiłam do miejsca, w którym wszyscy funkcjonują według zestawu archetypów, w którym każdy powinien mieć swój wzór osobowościowy w złotej ramie na ścianie, do miejsca, które potrafi tak intensywnie zawładnąć duszą i wpłynąć na jednostki.

Do Trzynastki.

Zawsze miałam [według Platona – jak każdy rozsądny człowiek] obsesję na punkcie nieśmiertelności. Nieśmiertelności w kontekście istnienia w pamięci – od kiedy pamiętam, najbardziej przeraża mnie wizja bycia zapomnianą, więc zawsze chciałam zrobić cokolwiek, by jak najdłużej żyć w umysłach innych. Być dla kimś tym, czym panteon moich bogów był dla mnie.

A to właśnie takim ludziom jak mnie oferuje Trzynastka – nieśmiertelność. Pozorną, ale to już zawsze coś.

I, jak każdy dobry cyrograf, ma parę warunków.

Głównym warunkiem jest wpasowanie się w archetyp, wpisanie się we wzór, wybranie konkretnej roli. Przez dużą część mojego czasu w Trzynastce byłam przytłoczona intensywnością kultury absolwentów i absolwentek, tego, jak kształtuje tak charakterystyczne i istotne dla tej szkoły wzorce – zawsze powtarzalne, dzięki którym Trzynastka gładko funkcjonuje. W każdym roczniku są konkretne archetypy do spełnienia, zwłaszcza te powiązane blisko z olimpiadami. W każdym roczniku musi być Wosowiec, musi być Olimpijczyk z Fizyki, muszą być Ludzie Zaangażowani w Każdą Szkolną Inicjatywę. Już od początku przytłaczała mnie konieczność wyboru, kim tu będę – Redaktorką Naczelną Zdzisia? Feministką? Dziewczyną od Historii Sztuki? Dziewczyną, Która Robi Olimpiadę Filozoficzną? Dziewczyną, Która Robi OLiJP? Ostatnia z tych ról najbardziej zawładnęła moim życiem i pewnie jest mi najbliższa, ale zawsze czułam się w niej boleśnie niewystarczająca.

Trzynastka była dla mnie czymś więcej niż szkołą. Była projektem tożsamościowym, z gamą gotowych wzorców osobowościowych, odmian sukcesu, z których miałam wybrać. Całe życie szukając autorytetów, teraz, wyczulona, czułam każdy niuans tych, które mnie otaczały, nieustannie przygniatała mnie presja. Każda decyzja miała dla mnie znaczenie tożsamościowe – to, z kim rozmawiam, z kim się zgadzam, co czytam, co myślę. I było to męczące, niemożliwe do spełnienia, dlatego że, ostatecznie, jak bardzo bym próbowała, nie mogę być kimś innym. Spod maski idealnej olimpijki zawsze wyjdzie moja nieidealna twarz. Patrząc w lustro, wybierałam, by jej nie dostrzegać, bo nie wiedziałam do końca, kim ona jest. Bo łatwiej było widzieć w moim odbiciu to, co chcieli widzieć we mnie inni.

I chciałam być tymi wszystkimi rolami na raz, albo chociaż jedną, ale na sto procent, bo nie wiedziałam, kim byłabym bez nich. Nie znałam innych określeń na siebie, a w momencie, w którym nie byłabym w żadnej szufladzie, w żadnym określeniu, byłabym w pustce. Pustce obiecującej wolność, ale też brak prostych rozwiązań, pustce całkowicie paraliżującej i przerażającej. Pustce bez ludzi, którzy mogliby mnie zapamiętać.

Czy ktokolwiek mnie zapamięta, jeśli nie będę żadnym z archetypów, jeśli nie obejmę żadnej roli w tym przedstawieniu?

Dopiero później dotarło do mnie, że znacznie lepiej zapisać się tu własnym pismem, własnymi literami na skos kartki, niż wpisywać się do tabeli, zmniejszać się w archetyp, kolejny element ciągu.

Na pomoc przyszło mi rozczarowanie – zarówno sobą, jak i innymi, rozczarowania, które zburzyły perfekcyjne archetypy i pomogły mi dojrzeć ludzi schowanych pod nimi, przebłyski prawdziwych twarzy za złotą ramą. I to, jak bardzo ich redukowały.

Rozczarowanie jest jednym z najbardziej wyzwalających i najważniejszych doświadczeń dorastania, zwłaszcza dorastania w Trzynastce. Zarówno rozczarowanie oczekiwań innych wobec siebie, jak i rozczarowanie tymi, których podziwiamy – co w wielu sytuacjach jest jednym i tym samym. Zdjęcie bogów z piedestału, opróżnienie swojego panteonu może być gorzkie i trudne, ale ostatecznie uwalnia. Pokazuje, że nikt nie jest nadludzki, więc ty też nie musisz. Skoro nikt nie jest naprawdę idealny czy najlepszy, skoro każdy jest skażony własnymi wadami, nie ma wzorów, w które musimy się wpisać. Możemy wydostać się z szablonów i być po prostu sobą, nie wybierać żadnej roli. Nie dopasowywać się do żadnego trzynastkowego archetypu – aspirować jedynie do bycia bardziej szczerym/ą sobą, nie projekcją własnych bądź czyichś oczekiwań. Czyli, w pewnym sensie, uwolnienie się od autorytetów poprzez dostrzeżenie ich wad – i dla mnie był to też poniekąd proces „uwalniania się” od Trzynastki, który zakończy się, gdy tylko odbiorę moje maturalne świadectwo. I tak musi być, taka jest kolej rzeczy, cykl życia, naturalny rytm, który domaga się zakończenia, dopełnienia.

Te rozczarowania pomogły mi zachować właściwą optykę, zmniejszyć moją obsesję na temat dopasowywania się do oczekiwań innych – i przypomniały mi, że to tylko jeden etap, jeden moment. Że to ja i moja wolność jest dla mnie najważniejsza. I nie powinnam budować siebie i umniejszać siebie do kształtu, w jakim ludziom łatwiej będzie mnie zapamiętać. Zamiast wchodzić w formę, która obcięłaby moje wady i zostawiła idealny odlew Olimpijki z Polskiego, Olimpijki z Historii Sztuki, Redaktorki Naczelnej, postanowiłam pozostać sobą w swoim nieokreślonym, chaotycznym, ale szczerym kształcie. Nie określać siebie w ten sposób – dlatego, że to, kim jestem i kim tu byłam, nie zmieści się w żadnym tytule.

Bo nawet jeśli nikt mnie w tej szkole nie zapamięta, nawet jeśli nie zbudowałam pomnika ze spiżu, nawet jeśli pozostanie tu po mnie tylko zakurzone zdjęcie na ścianie i notatki ołówkiem w pożyczonych książkach, ja zapamiętam samą siebie. Zapamiętam wszystko, czego tu się o sobie nauczyłam – poprzez błędy, kryzysy, próby wytrzymałości, konflikty, przyjaźnie, tysiące godzin rozmów. To jest najważniejsza nauka, jaką odebrałam w Trzynastce. W końcu, w mojej perspektywie, Trzynastka minie. Ja zostanę. Ona zniknie daleko na horyzoncie, a ja pójdę dalej.

Choć są aspekty, które są zbyt moje, by zniknąć, które pójdą wraz ze mną. Wpływy, które nie ograniczały, ale budowały.

Trzynastka tworzy środowisko wyjątkowo umożliwiające poddawanie wpływowi uczniów. Mitologizuje te postaci przedstawienia, które się nie zmieniają, które nie odchodzą – tworzy ich legendę, pozwalając im na wykreowanie własnego mikrokosmosu. A gdy ktoś z nas, z uczniów, znajdzie się w takiej orbicie, zostanie w niej i będzie tak blisko jej centrum, niewiele poza nią wydaje się istnieć. I wtedy wpływ jest najsilniejszy. Każdy ma lub będzie miał osobę, która wpłynęła na nią/niego najbardziej, i część z nas taką osobę znalazła, wpadając w jej mikrokosmos w Trzynastce – a przynajmniej ja. Każdy ma osobę, która napisała do nas definicję, którą, świadomie lub nie, już zawsze będziemy rozpoznawać w swoich słowach, myślach, zachowaniach. Która, w moim przypadku, może nie tyle mnie ukształtowała, ile pozwoliła swoją obecnością rozpoznać to, co jest moje, uświadomić mi moją esencję, odnaleźć kolejne moje cechy. Dotrzeć do tego, jak naprawdę myślę, wyodrębnić ten właściwy, szybki i analityczny sposób dostrzegania połączeń, podobieństw i nawiązań z huku niepotrzebnych rozproszeń. Czasem zadaję sobie bezcelowe pytanie, ile z tego to faktycznie moje cechy, a ile “ukształtowanie”. Jest ono bezcelowe, bo wszystkie elementy, rysy i krawędzie na mnie są zbyt znajome, by kiedykolwiek wydawać się obce, nauczone mimowolnie na pamięć, jak zbyt skomplikowane słowa i fragmenty wierszy.

W jakiś sposób sama Trzynastka, jako ogół, idea, abstrakcyjne uogólnienie, też była dla mnie autorytetem i wpłynęła na mnie niemal równie mocno. Bezosobowy ideał olimpijczyka, rzucający tak mocno cień na oczekiwanie budowane wobec mnie i zawieszający poprzeczkę poza zasięgiem mojego wzroku, był dla mnie wzorcem, kimś, kim z całej siły chciałam być. Kiedy przyszłam do tej szkoły, byłam dzieckiem, słabym i miękkim jak niewykorzystana glina. Teraz, prawie sześć lat później, widzę, jak bardzo Trzynastka mnie ulepiła, uformowała. Nie czuję jednak, że ta forma jest sztuczna czy obca – jest moja, bo nauczyłam się [bądź próbowałam] kontrolować to, jak bardzo jestem formowana. Nie przyjmować każdego wpływu, mówić „nie”, dążyć do tego, by z tej gliny nie powstał trzynastkowy żołnierzyk do olimpiad, ale ja, do szpiku kości moja własna. Trzynastka mnie jednak wychowała – to najlepsze słowo – szorstkim bordowym wychowaniem, czasem pozwalając mi na zbyt mało, a czasem na zbyt dużo. I jak to jest z wychowaniem – gdy przychodzi czas, kiedy jesteśmy go świadomi, możemy ten model wychowania odrzucić lub przyjąć.

Dla mnie tym jest dorastanie.

Oddzielaniem tego, co chcemy przyjąć, co w sobie akceptujemy, od tego, co się z nami nie zgadza. Oddzielaniem zboża od plew. W Trzynastce to czasem wyjątkowo trudne – tak wiele tego, co lubię tu najbardziej, jest ciasno splecione z tym, co może być problematyczne. Jednak te decyzje, jakkolwiek zawiłe i skomplikowane by nie były, trzeba podejmować. Wyrzucać z siebie wpływ, którego nie chcemy, zatrzymywać to, co jest najbardziej nasze.

Trzynastka jest dla mnie definicją mieszanych uczuć – bo jak inaczej mam nazwać miejsce, które było domem, tak bolesnym, tak trudnym, ale domem? Jak mam nazwać miejsce, obok którego nie umiem się nie zatrzymać? Gdy tylko jestem obok niej, wpatruję się w jej okna tak uporczywie, jakbym mogła dostrzec przestraszoną dziewczynę, która dopiero skończyła szesnaście lat i siedzi na rozpoczęciu roku w ostatniej ławce – jeszcze nie odważyła się odezwać, a co dopiero pójść do mojej ławki, pierwszej. I nawet jeśli złapałabym z nią kontakt wzrokowy, co bym jej powiedziała? Nie znam już jej. Zbyt dużo mnie powstało w sali, która jej wydaje się za duża i obca.

Muszę te mieszane uczucia w sobie rozplątać i poukładać, by do końca zrozumieć wszystkie te części mnie, które tam powstały, zarówno te, które wchodzą w skład autorytetów, jakimi chciałam być, jak i te unikalnie moje.

Nie wierzę w autorytety, bo przyjmowanie w całości danego człowieka jako wzoru wydaje mi się z góry skazane na porażkę. Wszystko, co ludzkie, jest naznaczone błędami, problemami, niewłaściwymi wyborami, w jakiś sposób skalane. Wierzę jednak w inspirację, świadomą, związaną z wyborem i sprawczością, krytycznym spojrzeniem. Takim spojrzeniem chcę patrzeć na to, jak ukształtowała mnie Trzynastka – starać wybierać się z tego to, co najlepsze, prawdziwe, szczere. W pełni czuć wagę, jaką niesie ze sobą dla mnie ta szkoła, ale nie pozwolić, by ta waga mnie przygniotła. Mieć świadomość tego, czego się tu nauczyłam, ale nie oceniać siebie tą skalą. Dla tej szkoły nigdy nie byłam i nie będę wystarczająca – ale dla samej siebie jestem. Dlatego chcę być – już wkrótce – z Trzynastki, ale nie w Trzynastce, i, zdecydowanie, nie Trzynastką.

Bo to, kim jesteśmy, sięga znacznie dalej niż te czerwone mury.

Wiem, że do swojej tożsamości nie można podejść jak do menu w McDonalds – nie mogę zamówić w ramach osobowości i pamięci McWrapa bez mięsa i z dodatkowym serem. Wierzę jednak, że mogę kontrolować to, co wyniosę z mojej szkoły. Kim będę w niej i po niej. Zabrać ze sobą siłę, jaką tu znalazłam, pasję, umiejętności, przyjaźnie i relacje. Nie wypełniać całej siebie Trzynastką, zostawić miejsce na to wszystko, co przyjdzie. Bo to – jakkolwiek wpływowy by nie był – tylko jeden komponent naszej historii, naszych opowieści i osobowości.

W tym właśnie komponencie centrum mojego kosmosu niewątpliwie była literatura – trochę autokreacja, trochę autodestrukcja. Właśnie dlatego ten czas mojego życia chcę widzieć przez pryzmat literatury – w aspekcie czynnym, nie biernym. Nie czytanie, a pisanie. Chcę patrzeć na siebie w Trzynastce jako na manuskrypt, pierwszy szkic. Helena, wydanie pierwsze. Wersja, którą będę mogła edytować przez resztę mojego życia. Edytować jak tekst ukochany, z czułością i wyrozumiałością, pamiętając moc, jaką niosły ze sobą te wszystkie słowa. Wykreślać zbyt proste porównania, zbyt długie wyliczenia, niewygodną składnię czy niefortunne wybory (słów). Nie wymazywać, wykreślać. Uśmiechać się na widok słów dopisanych innymi charakterami pisma, czy raczej charakterem, i przepisywać je obok swoim własnym, które łatwiej mi odczytać. Wykreślać to, co trudne, co krępuje czy wyklucza dalsze akapity, ale pamiętać. Doprecyzowywać, poddawać spojrzeniu krytycznemu, lecz kochającemu. Dążyć do jak najlepszej wersji, do formy bardziej pojemnej i szczerej.

I nawet jeśli wszyscy byliśmy bierni wobec wielu rodzajów wpływu w Trzynastce, nawet jeśli byliśmy tak często przedmiotem, nie podmiotem, sytuacja, jak widać, nie jest zamknięta. Bo choć wpływ jest czymś, co nam r o b i o n o, my wybieramy, co z nim z r o b i m y. Tym powinno być krytyczne spojrzenie, autoredakcja – selekcjonowaniem tego, co wyostrza, wyodrębnia, konkretyzuje nas samych; co było już wcześniej w nas, ale tego nie dostrzegliśmy. Nie narzucaniem czegokolwiek obcego, ile stawaniem się bardziej sobą, mocniej sobą, prawdziwiej sobą. Tak trudno oddzielić czasem, co pozwoli nam być sobą bardziej, a co nam zaprzecza – trzeba wybierać wszystko, z czym się zgadzamy, co do nas przemawia, co nas przyciąga, a potem, jeśli okaże się błędne, przypomnieć umiejętność korekty. Zredagować.

A do dobrego zredagowania potrzeba dystansu, spojrzenia z góry, z daleka, i tego też muszę się nauczyć. Może z odległości kilkuset kilometrów i kilku krajów dokładniej dojrzę swoje błędy. I docenię niektóre zdania, te trochę lepsze, dobre wspomnienia ujęte ramą zrozumiałej składni. Zobaczę, kim zostałam.

Kim będziesz, gdy dorośniesz, Heleno?

Chciałam być Anią Shirley, Hermioną Granger, Annabeth Chase, Jo March, Mary Wollstonecraft, Lindą Nochlin, Artemisią Gentileschi, Fridą Kahlo, Margaret Atwood, Marią Janion, Simone de Beauvoir, Glorią Steinem, Olą Furmanek, Marią Tomaszewską.

Dorosłam i zostałam sobą.

Dorastała dla Was Helena Burdzińska.

Zdjęcie okładkowe: Natalia Nitras.

Może Ci się również spodoba

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.