Szesnastka a Trzynastka – dwie perspektywy i obalanie mitów

Szesnastka już nie istnieje, ale jeszcze niedawno była kluczowym elementem życia wielu obecnych trzynastkowiczów – przez niektórych uznawana za wersję próbną naszego liceum, przez innych za coś zupełnie innego i oddzielnego, w każdym wypadku z pewnością wpływała na doświadczenie bycia w Trzynastce. By zastanowić się, jak bardzo różni się perspektywa uczniów z Szesnastki i perspektywa tych z innych gimnazjów, dwoje naszych redaktorów opisało swoje przeżycia z rozpoczęcia liceum. Jedno z nich wymieniło granatowy mundurek na bordowy, a drugie – zaczęło od nowa.

Zuzia Piórkowska – bez Szesnastki:

Trzynastka. Wyjątkowe i znane – przynajmniej w regionie – liceum. Gdyby spytać różnych osób o opinię o naszej szkole, usłyszeć by można wiele plotek, tak od nastolatków, jak i od dorosłych. „To tam, gdzie wyścig szczurów”, „Tam chodzą takie mądre dzieci”, „Kiedy się uczą – to się uczą, ale na imprezach są najlepszym towarzystwem”, „Jak tam pójdziesz, to nie masz życia”, „Właśnie tam nawiązałam największe przyjaźnie”. Mnóstwo sprzecznych głosów, które sprawiają, że trudno faktycznie zrozumieć jak ta szkoła funkcjonuje. Jakie jest zatem rzeczywiste doświadczenie Trzynastki? To może wiedzieć tylko jej uczeń.

Skłamałabym, gdybym powiedziała, że pójście do Trzynastki było moim marzeniem i cały czas wiedziałam, że to będzie moje liceum. Przy tylu odmiennych komentarzach z początku byłam bardzo niechętna wstawieniu jej na moją listę naboru, nie mówiąc już o nadaniu jej wysokiej pozycji. Tak samo przecież zrobiłam w kwestii Szesnastki, więc dlaczego teraz miałabym zmieniać poglądy? Jednak znałam kilkoro absolwentów osobiście – mogłam z nimi porozmawiać i stwierdzić, że nawet jeśli kiedyś historie popularne na mieście były prawdziwe, to od nich słyszałam też o tylu fantastycznych rzeczach… Plus ciągle przez myśl przechodziła mi ważna kwestia – dobre przygotowanie do matury.

Oczywiście nawet po dostaniu się do Trzynastki pozostały ślady poprzedniej niepewności. Pierwsze wrażenie? Wszyscy zebrali się na Placu Czerwonym przed wejściem do szkoły. Jak grupa zwykłych nastolatków. Może faktycznie bardzo mądrych, co dało się zauważyć już od pierwszych chwil, ale nie byli grupą cyborgów, czekających, aż tylko popełnisz najmniejszy błąd, żeby udowodnić, że są lepsi. Szokujące? Na pewno dla niektórych, nieprzychylnie patrzących w naszą stronę osób.

Korci mnie, żeby powiedzieć choć dwa słowa o samym budynku szkoły. Podobno zawsze każdego dziwią wielkie drzwi do sal, często do tego stopnia, że głośno je komentują. Dla mnie cała szkoła wydawała się ogromna. Może to głupie spostrzeżenie, bo podstawówka, do której chodziłam, mniejsza z pewnością nie była, ale gimnazjum było niemalże kameralne i przytulne w porównaniu. Bynajmniej nie mam na myśli niczego złego – po prostu jeszcze tego miejsca nie znałam, a wysokie sufity, sławne ze swych rozmiarów drzwi i ponura surowość murów zbyt wpisywały się w klimat grozy kreowany na mieście. Jednak ludzie szybko zmienili ten wizerunek w moich oczach.

Poznałam tutaj moich najserdeczniejszych przyjaciół, więc nie mogę teraz nie dostrzegać w tych budzących przerażenie szczecińskich uczniów murach ogromu ciepła, którego dzięki nim doznałam. Były momenty, w których zastanawiałam się, czy i jak się odnajdę. W końcu już od początku było widać, jak wyjątkowo inteligentne osoby tutaj chodzą. W podstawówce czy gimnazjum często byliśmy jednymi z lepszych uczniów; tutaj różnice są widoczne, mimo że w pewien sposób się zacierają. To zdanie podobne do tego, które wraz z nowym rokiem słyszymy w pierwszej klasie od wychowawców. I myślę, że trafnie oddające sytuację. Teraz ten zbiór wyjątkowych i silnych indywiduów miał utworzyć jedną społeczność.

Pierwsze chwile całkiem wyraźnie dzieliły nas na tych z Szesnastki i spoza niej, choć nie uznałabym tego za zabieg celowy. Po prostu gimnazjaliści ZSO 7 znali szkołę, nauczycieli, anegdotki i mieli jakąś wspólną historię czy swoich znajomych. Reszta zaczynała od zera. Gdzie ta sala? Czego się spodziewać po pani uczącej tego przedmiotu? Jakie tu panują zasady? Trzeba było zaaklimatyzować się tak szybko, jak szybko trzeba było znaleźć nowych znajomych. Szesnastkowicze, jak się wydawało, nie musieli się z tym mierzyć – przynajmniej w większości. Jeśli czegoś nawet nie wiedzieli, to jeszcze przed liceum mieli okazję dopytać się o szczegóły. Dlatego w każdej tworzącej się grupce mile widziany był choć jeden absolwent, który mógłby nam doradzić i pokierować. Również wprowadzić w historię wszystkich dram z okresu gimnazjum. Może nie doświadczyliśmy ich osobiście, ale wrażenie na pewno jest podobne, gdy w pierwszym miesiącu szkoły poznajesz wszystkie opowieści z kilku perspektyw, ba, nawet z każdej po parę razy.

Tak, początek z pewnością jest intensywny, choć nie powiedziałbym, że negatywnie. Koniec końców tworzycie jednak nowe, licealne historie, więc choć czasami może umknąć szczegół z rozmowy, nie ma wielkiego muru nie do przekroczenia.

Co do pewnych szczególnych dla Trzynastki rozwiązań – osobiście nie przypominam sobie większych problemów. Skrót IPN był mi już znany, na basen i tak chodziłam, a tu procedury do skomplikowanych nie należały, podobnie z resztą z trzecią godziną wf-u do wyboru, czyli fakultetami. Wszystko jasno wytłumaczone, więc problemu nie sprawiało. Większy kłopot stanowiło dla mnie – i sądząc po interwencji panów woźnych również dla innych – przyzwyczajenie się do zwyczajów wierzchnio-odzieżowych. Po pierwsze, nie wolno zostawiać kurtek na korytarzach. Nawet na nieszczęsną godzinę, kiedy w biegu zdejmujesz okrycie kierując się pod salę. Niby szczegół, ale z przyzwyczajeniem trzeba było walczyć. Albo opanować sztukę składania nawet większej kurtki do  torby płóciennej do perfekcji. Po drugie, szatnia funkcjonuje w określony sposób. Przychodzisz w określonych godzinach do okienka, podajesz kurtkę, odbierasz numerek i odwrotnie. Nie wchodzisz sam, nie wrzucasz do środka wszystkiego, na co masz ochotę, drzwi nie będą otwarte przez cały dzień. Jakkolwiek zabawne by się to nie wydawało, właśnie takie rzeczy stanowiły dla mnie największe różnice. Stałe pilnowanie się, żeby siła nawyku nie zwyciężyła nad zwyczajami nowej szkoły.

Takich szczegółów jest znacznie więcej, aż trudno je spamiętać, gdyż z czasem niemal wszystkie stają się normą. Nie ma chyba zatem co dalej oszukiwać. Pozwolę sobie zatem na obalenie wielkiego mitu Trzynastki – jest po prostu zwykłą szkołą ze wspaniałymi uczniami.

Bartek Bielecki – po Szesnastce:
Trzecia klasa. Nieuchronnie zbliżają się egzaminy, potem koniec roku i nowa szkoła. Nadchodzi moment, gdy trzeba postawić sobie pytanie: co dalej? Dla mnie wybór nie jest trudny. Decyduję się zostać w miejscu, w którym spędziłem ostatnie trzy lata. Decyduję się zostać w Trzynastce. Nie da się dłużej ukrywać, że pewien etap się kończy i  wszystko nie będzie takie same. Nowi ludzie, nauczyciele, których zna się tylko z opowieści, świat mijany codziennie na korytarzu, a mimo to trochę niedostępny…

Na początku czułem podekscytowanie, a przejście z gimnazjum do liceum traktowałem jako kolejną przygodę. Towarzyszyło temu miłe poczucie powrotu. Rozpoczęcie roku było dla mnie radosnym spotkaniem  z Trzynastką. Kilka obozowych dni w Niechorzu były dla mnie przyjemnym czasem, w którym nostalgicznie przypominałem sobie, że jestem u siebie.

Po obozie sielanka się skończyła. Teraz trzeba było zapoznać się z Trzynastką ,,na poważnie”. Granat odszedł do lamusa, teraz bordowa koszulka została towarzyszką szkolnej codzienności. W tym momencie poczułem, że i ja muszę zmierzyć się z nową rzeczywistością. Poznać nauczycieli, wokół których obrosły legendy, zbudować relację z tymi, którzy zaczynali dopiero naukę w Trzynastce i wreszcie odnaleźć się wśród rozszerzeń, IPNów czy olimpiad, których dotąd nie znałem. Od tego czasu piszę już nowy rozdział swojej historii w budynku przy Unisławy. 

Czas powiedzieć otwarcie: Trzynastka i Szesnastka to dwie różne przygody, chociaż nierozerwalnie ze sobą połączone. Dziś z tęsknotą wspominam czasy gimnazjum, plastykę z panią Jacko, śpiewanie z panem Szawdziańcem i wiele innych chwil, które nadawały temu czasowi niezwykłej atmosfery, budowały społeczność. Ci, którzy tego nie doświadczyli, mogą tylko pozazdrościć. Jednak jak powszechnie wiadomo wszystko co dobre szybko się kończy. Po mimo większej swobody na początku każdy z nas musiał zmierzyć się z nowościami. Należy też pamiętać o tym, że czas płynie nieubłaganie, a my z jego biegiem zmieniamy się, dojrzewamy. Dlatego dziś tworzymy nową opowieść, ale w starych murach.

Doświadczenie Szesnastki i Trzynastki porównywali Zuzia Piórkowska i Bartek Bielecki.

Zdjęcie okładkowe: Mateusz Grąbczewski.

Wstęp: Helena Burdzińska.

Może Ci się również spodoba

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.