Wywiad z Karoliną Bednarz, szefową “Tajfunów”

Książki z wydawnictwa „Tajfuny” kojarzy i czyta wiele z nas. Czy to kupione w „Między wierszami” koło szkoły, czy to czytane na ebooku, czy to pożyczone od kolegi lub koleżanki – Tajfuny, zaznaczające się coraz wyraźniej wśród polskich wydawnictw, pojawiają się też w rozmowach trzynastkowiczów. Mało z nas jednak wie, że osoba, dzięki której możemy poznawać azjatycką literaturę i zachwycać się Osamu Dazaiem lub Kanoko Okamoto w pięknych polskich wydaniach, chodziła po tych samych korytarzach co my.

Karolina Bednarz – szefowa i założycielka „Tajfunów”, autorka wstępów do wielu ich książek, bloga „W krainie tajfunów”, a także reportażu polecanego już na naszych łamach [„Kwiaty w pudełku”], to także absolwentka Trzynastki. I to także pierwsza absolwentka, która studiowała na Oxfordzie. Nasze dwie redaktorki miały okazję porozmawiać z nią wirtualnie i zapytać o pasję do japonistyki, doświadczenie pisania książki i to, jakie książki by Wam poleciła. Zapraszamy do poznania odpowiedzi na te pytania – i wiele więcej – poniżej.

Helena Burdzińska: Chyba najłatwiej będzie zacząć, jeśli zapytamy, cię skąd twoje zainteresowanie Japonią. Jak to się zaczęło i jak wyglądało rozwijanie tego na tle szkoły?

Karolina Bednarz: Na pewno w ogóle nie było związane ze szkołą. Nie chcę powiedzieć, że szkoła stała na przeszkodzie, ale na pewno nie wspierała zainteresowań, które nie zamieniały się w olimpiady. Chodziłam do klasy olimpijskiej, której Wy chyba już nie macie. To była klasa D i każdy wybierał sobie fakultety. Nie chciałam zdawać testu kompetencyjnego w gimnazjum, więc zrobiłam sobie taki mini-research i stwierdziłam, że otrzymanie laureata z konkursu kuratoryjnego z chemii będzie najprostsze. Brałam więc w nim udział (i nawet dobrze mi szło!), ale w międzyczasie odkryłam przypadkowo Murakamiego. Podobało mi się, bo nie była to lektura na język polski, nie musiałam tego czytać. To było chyba najpiękniejsze w tym wszystkim – nikt mnie do tego nie zmuszał.

Kiedy szłam do Trzynastki, jako przedmioty wiodące wybrałam chemię i informatykę. Pamiętam, jak na rozmowie kwalifikacyjnej powiedziałam, że interesuje mnie wiele rzeczy, więc nie wiem dokładnie, kim chcę zostać, ale na pewno mi się to później wyklaruje. Po drugiej klasie wiedziałam – chcę iść na japonistykę. Postanowiłam zmienić więc o 180 stopni moje przedmioty główne i wybrałam języki angielski, niemiecki i rozszerzony polski na maturę. Za każdym razem, kiedy mówiłam komuś, że idę na japonistykę, pukali się w głowę ipytali: „Kim ty zostaniesz… jakąś nauczycielką; miałaś już prawiefinalistę z chemii…”. Kiedy zdecydowałam, że złożę podanie na Oxford, spotkało się to w szkole raczej z negatywnym odzewem – Wielu próbowało się tam dostać, więc czemu niby tobie miałoby się to udać?

Kiedy się dostałam, chyba wszyscy się zdziwili. Wsparcie miałam głównie od rodziny i od samej siebie. Kiedy wybrałam rozszerzony polski na maturę, kazano mi startować w olimpiadzie – zaszłam bardzo wysoko, skończyło się krok przed finalistą. Wciąż jednak każdy zakładał, że mój pomysł na przyszłość to fanaberia, że coś ze mną nie tak. Nie zniechęcało mnie to – im bardziej byłam krytykowana, tym bardziej miałam paliwo, żeby robić to, co naprawdę chcę. Coraz bardziej widziałam bezsensowność robienia tego, co mnie nudzi, by zadowolić innych. Nie chciałam iść na kierunek, który mnie nie interesuje.

Wylądowałam na japonistyce, ale gdyby nie wsparcie w domu, to ta historia by się tak nie potoczyła. Byłabym teraz smutną doktorantką, robiąc na politechnice coś, co mnie w ogóle nie interesuje.

Helena: Czy mimo tych przeżyć masz może jakiś aspekt pobytu w liceum, który wspominasz najczęściej, albo coś co uważasz, że wywarło na tobie wpływ?

K: Miałam fajną klasę. Fajnych ludzi. Nie było żadnego gnębienia, nigdy nie byłam nazywana kujonką ani nic takiego – zwłaszcza, że na wcześniejszych etapach edukacji doświadczyłam pod tym kątem sporo przemocy, także fizycznej. Zdecydowanie przez to odetchnęłam – i miałam czas się zastanowić nad tym, co ja w ogóle chcę. Specyfika naszej klasy sprawiła, że każdy robił swoje. Nie było jakieś wielkiej integracji, imprez, bardziej takie zbiorowisko nerdów. Bardzo mi to pasowało. Czułam się bardzo bezpiecznie. Bo sama też jestem nerdem.

Część znajomości została, większość nie. Głównie przez to, że wyjechałam za granicę. To nie tak, że się nie lubiłam z osobami z klasy – po prostu jak ktoś sobie studiował ze znajomymi pięć lat w Poznaniu czy Wrocławiu, to pewnie łatwiej było utrzymać taką relację. Ja mieszkałam pięć lat w Anglii, w międzyczasie rok w Japonii, więc jakoś naturalnie się ten kontakt rozmył. Ale dla mnie to jest ok. Nie mam jakichś szczególnie bolesnych wspomnień z liceum, ale cieszę się, że to już za mną. Nie tylko Trzynastkę, ale ogólnie edukację w stylu „masz się nauczyć, co to mitochondrium” – bo nigdy nie byłam w kucie dobra. Choć umiałam dostać z takiego testu piątkę, żeby po wyjściu z klasy po nim zapomnieć.

Zawsze miałam bardzo dobre oceny, ale nie sprawiało mi to jakiejś satysfakcji. Żaden nauczyciel ani atmosfera w szkole nie zainspirowały mnie do niczego, prócz kwestionowania tego, czy oceny lub konkursy są faktycznie najważniejsze. Szkoda, że ten moment jasności przyszedł mi dopiero na studiach, kiedy miałam szansę uczyć się tego, co chciałam. Wtedy zaczęłam rozkminiać sens edukacji, życia, wszystkiego. Mam nadzieję, że robicie to trochę wcześniej. Patrząc jednak na to, że w wolnym  robicie gazetę i wywiad, to jesteście na dobrej drodze.

H: To zadam następne pytanie: czemu Oksford? Jak w ogóle do tego doszło?

K: Chciałam pójść na japonistykę, więc zaczęłam czytać sobie, jak to wygląda w Polsce. Po pierwsze fakt, że trzeba było mieć jakieś 90% z matur, a jestem beznadziejna w klucze odpowiedzi, więc wiedziałam, że prawdopodobieństwo, że to się uda, zwłaszcza z językiem polskim, jest dość niskie. Po drugie zero wyjazdów do Japonii, sensownych stypendiów. Jak było jakieś miejsce na wyjazd, to cały rocznik się o nie bił. Na Oksfordzie po prostu każdy dwa razy wyjeżdżał w ciągu studiów, a wyjazdy w dużej mierze finansowała uczelnia. Była też możliwość nauki drugiego języka, a na poziomie finansowym była duża możliwość kredytów studenckich, pożyczek, etc.Nie mówiąc już o dodatkowych zajęciach, wyposażeniu bibliotek, etc.

Ten proces rekrutacji rozpoczął się wcześniej, a mianowicie na początku trzeciej klasy. Musiałam składać papiery, pisać eseje, i takie bardziej naukowe, i takie bardziej osobiste, a la – ‘dlaczego chcę studiować akurat to i akurat tam, przejść kilka rozmów kwalifikacyjnych,i tak dalej. Już w styczniu wiedziałam, że jeśli tylko będę miała odpowiednią średnią z matur, to się dostanę. Kiedy inni wkuwali matmę, to ja miałem chwilę na oddech, bo wiedziałam, że do narzuconej w warunkach średniej z matur będą wliczać się matur i ustnych, i pisemnych, i podstawowych, i rozszerzonych. Po prostu musiałam mieć średnią 90% ze wszystkiego i czułam, że to jest do zrobienia. Nie miałam z tyłu głowy myśli, że jak nie będę miała 95% z każdej rozszerzonej matury, to moja przyszłość się zawali.

Nie wierzyłam do końca, że to wszystko się dzieje i mimo myśli, że raczej mi się uda, i tak się jak najbardziej byłam w stanie. Nie zaprzepaszczałam jednak snu, żeby cisnąć klucze odpowiedzi czy czytać zaległe lektury – bo po prostumi się nie chciało. Pójście na japonistykę, i to na Oxfordzie, nie było planem, który wymyślili mi rodzice, ale też nie wpadłam na niego z dnia na dzień. Od dawna wiedziałam, chciałabym spróbować studiować za granicą, a to był jedyny program studiów japonistycznych, który wydawał mi się wtedy sensowny. Oczywiście uniwersytet też miał dużo swoich wad. Dla mnie prywatnie to był ciężki czas na wielu poziomach. Ostatecznie myślę, że to Oksford był takim trochę okresem, który wpłynął na mnie o wiele bardziej niż czas w liceum.

Natalia Nitras: Zastanawiałyśmy się też, co było twoją motywacją, by stworzyć księgarnię i wydawnictwo, szczególnie, że kiedy to robiłaś, to była kompletna nisza w Polsce.

K: Powiem tak – ja nigdy nie zakładałam, że wrócę do Polski. Jak szłam na studia, strasznie się cieszyłam, że wyjeżdżam z kraju, że nie będę musiała mieszkać w Szczecinie ani nawet w Warszawie. Dusiłam się tu przez większość mojego życia. Kiedy jechałam za granicę, myślałam, że na stop procent już nie wrócę. Ale kiedy pomieszkałam kilka lat w Anglii i w Japonii, po wielu podróżach, w tym półrocznej podróży po Azji, stwierdziłam, że każdy kraj ma coś za uszami i że mogę wrócić do Polski na jakiś czas i zobaczyć, czy coś się od mojego wyjazdu 6 lat wcześniej zmieniło.

Wynajęłam mieszkanie w poszłam na Polską Szkołę Reportażu, bo kiełkował we mnie od jakiegoś czasu pomysł, żeby pisać, głównie o Azji Wschodniej z naciskiem na Japonię. Głównie siedziałam, czytałam, pisałam i jakoś łudziłam się, że może uda mi się kiedyś napisać coś sensownego. Pod koniec tego roku dostałam ofertę na napisanie książki. Pomyślałam, że spoko, przecież to nie może być takie trudne – chciałabym teraz puknąć w łeb tamtą Karoliną, bo to była trochę jazda bez trzymanki.

 Kiedy kończyłam pisać książkę po dwóch latach siedzenia w domu i bycia totalnym odludkiem, stwierdziłam, że to nie jest najzdrowszy sposób na życie, a poza tym, że nie chcę pisać tylko reportaży i od rana do nocy analizować, notować, spisywać. Chciałam to jeszcze z czymś połączyć, z czymś, co pomogłoby mi znaleźć trochę równowagę i zmotywowało mnie do spotkania z ludźmi. Ale też, żeby dałoby mi to szansę na rozmawianie o tym, co kocham w Azji, nie tylko o tym, z jakimi problemami się boryka.

 Kiedy tylko miałam okazję wyjeżdżałam do Azji i pisałam o podróżach, przemyśleniach, ale też o książkach na swoim blogu i mediach społecznościowych i widziałam, że coraz więcej osób chce o tym czytać i dyskutować. Pewnego rodzaju, chyba kiedy byłam w Malezji, zaczęłam rozmawiać z partnerem, czemu w Polsce jest tak mało azjatyckich książek – ciągle ktoś mnie pytał o jakieś rekomendacje, a ja ciągle musiałam odpowiadać, że „niestety ten tytuł jest niedostępny po polsku”. I w mojej głowie zaczął kiełkować pomysł, żeby może coś z tym fantem zrobić.

Na początku myślałam tylko o księgarni. Trzymanie się samego pisania jest trudne, nie tylko w Polsce. Szukałam więc przy okazji  finansowej, bo pisanie jej nie daje – mimo tego, że ostatecznie Kwiaty w pudełku sprzedały się całkiem dobrze. Spotkałam przypadkowo na swojej drodze Anię Wołcyrz, która też pisała blog i strasznie imponowało mi, że czyta książki po japońsku w oryginale i tak pięknie jeszcze o nich pisze. Zgadałyśmy się wirtualnie i okazało się, że też ma podobny pomysł, ale trochę nie wie, jak się do tego zabrać. Zdecydowałyśmy zrobić to więc razem. Nie spodziewałam się jednak, że tak się to rozkręci, martwiłam się oczywiście, czy się to w ogóle uda. Teraz jest nas już dziewięć osób. Dodam, że samych dziewczyn.

Na pewno pomógł mi fakt, że studiowałam za granicą. Nie znałam polskich japonistów. Nie wiedziałam, że czegoś nie wolno, że nie wypada. Dopiero potem okazało się, że wielu się na mnie obraziło: „Co ja jestem taka mądra; czemu ja robię rzeczy; co ja się wypowiadam – przecież się nie znam”. Ale nie zdziwiło mnie to specjalnie, przyzwyczaiło mnie do tego bycie kobietą w świecie, w którym bez względu na to, co zrobię, coś zawsze będzie nie tak. Postanowiłam więc brnąć dalej, bo zdałam sobie sprawę, że starsi panowie i tak będą mnie krytykować, bez względu na to, co zrobię, więc równie dobrze mogę zrobić to, co lubię.

Ale poza samym trochę szalonym pomysłem było w tym też dużo uprzywilejowania, żeby w ogóle sobie na taki eksperyment pozwolić. To nie tak, że miałam 100 zł i dobry pomysł i chęci – razem z partnerem mieliśmy dość sensowneoszczędności i po prostu mogłam dzięki temu nie wypłacać sobie pensji przez ponad rok i zatrudniać za każdą nadwyżkę nowe kolejne osoby. Dopiero od niedawna zaczęłam sobie coś wypłacać, ale nie dobiłam jeszcze nawet do pensji minimalnej (śmiech). A przy tym nie muszę pracować po 15 godzin dziennie.

Czyli podsumowując – czułam potrzebę stabilności finansowej i zrobienia czegoś pozytywnego – pokazania, że Japonia jest fajna, żeby nie było, że ta Bednarz nienawidzi Japonii i jaka jest zła, bo tak nie uważam (wręcz przeciwnie – kocham ją), a samo czytanie tylko o problemach (gdziekolwiek) jest po prostu niezdrowe. Teraz na stricte reporterską pracę przeznaczam jeden dzień w tygodniu, a przez resztę czasu mam kontakt z ludźmi, rozmyślamy nad nowymi projektami, ekscytujemy się nowymi książkami. Cały czas mam wrażenie, że ten twórczy proces daje mi „kopa”, a przy okazji mam kontakt z językiem, co jest fajne, zwłaszcza przez pandemię, która uniemożliwia mi wyjazd do Japonii.

Szczerze mówiąc, ogromną ulgę przyniósł mi też fakt, że nie muszę pukać od redakcji do redakcji, prosząc o wydanie tekstu. Co z tego, że skończyłam japonistykę. Poznałam w PSR dużo dziennikarzy, świetnych ludzi, reporterów z misją, niemogących pozwolić sobie na zaspokojenie podstawowych potrzeb. Muszą się kłócić ciągle o jakąś godną pensję za tekst. Mnie to męczyło psychicznie i wiedziałam, że nie mam siły na to ciągle szarpanie, zwłaszcza że sama miałam problemy ze zdrowiem psychicznym i czułam, że taki tryb pracy totalnie nie byłby dla mnie zdrowy.Dużo farta, pomysł, ale też życiowe rozkminki sprawiły, że spróbowałam zrobić coś swojego. Wiedziałam jednak, że nawet jeśli pomysł by nie wypalił, to nie straciłabym mieszkania, ani nie musiałabym oszczędzać na przykład na jedzeniu. Więc po prostu wiedziałam, że muszę spróbować.

H: Wracając do „Kwiatów w pudełku” – jaki był według ciebie najtrudniejszy aspekt pisania książki?

K: Nie wiem. Trochę minęło od jej napisania, właściwie zabieram się za kolejną. Nadal nie jestem w stanie uwierzyć, że dam radę napisać jeszcze jedną książkę. Od trzech lat głównie siedzę i czytam, myśląc co z tego wyjdzie. Tym bardziej, że COVID pokrzyżował plany akurat wtedy, kiedy mogłam pozwolić sobie na np. miesiąc poza biurem.

Co było najtrudniejsze w procesie pisania „Kwiatów…”, okazało się też być najwspanialsze – rozmawianie z ludźmi. Jestem niesamowicie wdzięczna każdej kobiecie, która spotkała się ze mną i zaufała mi na tyle, , żeby opowiedzieć mi o bardzo traumatycznych wydarzeniach zze swojego życia. Z drugiej strony – jestem na co dzień bardzo wrażliwą osobą i wszelkie takie emocje – jak gąbeczka i dopiero, kiedy nasiąknęłam tym bólem, poczuciem bezsilności, traumą, mogłam usiąść i zabrać się za pisanie w taki sposób, by jak najlepiej oddać uczucia bohaterki. Czasem płakałam, jak na przykład podczas rozmowy z bohaterką, którą gwałcił ojciec, jak była mała. Często po takich rozmowach noc spędzałam w pokoju hotelowym pod kocem, myśląc, że świat jest bez sensu. Wyglądałam przez okno na Tokio i stwierdzałam, że mam dość wszystkiego. Musiałam to jakoś przeprocesować.

Na PSR mówili, że trzeba się emocjonalnie odciąć, ale ja tak nie potrafię. To nie tak, że się zaprzyjaźniałam z moimi rozmówczyniami. Zachowywałam granicę profesjonalizmu, ale jednak to przeżywałam. Odczuwałam ból, odsłuchując ponownie tych rozmów. Było to właściwie tak ciężkie, że poszłam po tym wszystkim na terapię. Po raz pierwszy nie z moimi zaburzeniami odżywiania czy stanami depresyjnymi, ale żeby poradzić sobie z tym kalejdoskopem traum, którymi nasiąkałam przez lata pracy nad książką.

Kiedy książka wychodzi, pojawiają się słowa zachwytu, lecz też i krytyki. Oceniano, moją merytorykę, styl pisania i tak dalej. To zarówno ekscytujący, jak i ciężki moment dla każdego autora czy autorki. Z jednej strony byłam zapraszana na spotkania autorskie, z drugiej pan profesor japonistyki pisał, że jak czyta coś, co napiszę, to chce mu się rzygać. Nawet pomimo tego, że w książce jest prawie 70 stron przypisów i zrobiłam wszystko, jak najlepiej umiałam, konsultując wiele spraw po drodze ze specjalistami w Japonii. To zresztą chyba charakterystyczne dla Polski, że nie można popełniać błędów. Nikt nigdy nie zarzucił mi nic twarzą w twarz, na spotkaniach, nawet w japonistycznym gronie, wszyscy są cukierkowo mili. Ale wystarczyło spojrzeć na wypowiedzi online, „starej gwardii japonistyków”, żeby widzieć, że i książka, i ja sama wywołuję w nich dyskomfort. Dla mnie jednak najważniejsze jest to, że od młodych japonistów i japonistek dostawałam komentarze pochwał i wsparcia. Z niektórymi z nich współpracuję dziś w ramach Tajfunów, na przykład redagując ich tłumaczenia literatury.

Zresztą… nie powinno chyba mnie to wszystko dziwić. Żyjemy w bardzo seksistowskim, konserwatywnym społeczeństwie. Powiedzenie, że kobiety mają problemy i może przydałoby się spojrzeć na świat z ich perspektywy, spotyka się często z negatywnym odbiorem. Zawsze miałam mniej lub bardziej lewicowe poglądy, a napisanie książki tylko utwierdziło mnie w tym przekonaniu, bo spędziłam sporo czasu na douczaniu się w wielu kwestiach, np. sytuacji osób w kryzysie bezdomności czy przemocy domowej nawet na studiach uczono mnie w dużej mierze o wyidealizowanej Japonii. Dopiero na studiach, kiedy pojechałam do Japonii na własną rękę, i spędziłam cały wyjazd na rozmowach z ludźmi, okazało się, że eseje, np. o boomie ekonomicznych z lat 80-tych są bezużyteczne, bo od 30 lat panuje tam ekonomiczna stagnacja i wielu Japończykom i Japonkom po prostu ciężko.

Napisanie tej książki dało mi wiarę, że mam głos, że ludzie chcą to czytać. Nawet jeśli starsi panowie mówili mi, że się nie znam, to dostawałam masę maili i wiadomości, że ludzie chcą czytać to, co piszę.Z jednej strony cały proces – riserczu, pisania, redakcji -naprawdę ciężki, ale z drugiej, naprawdę bardzo dzięki niemu dojrzałam. Wychodzę z założenia, że nie da się dorosnąć i być lepszym człowiekiem bez poczucia dyskomfortu. To była harówa, za którą zarówno tęsknię, jak i się jej boję. Jednakże nie byłabym tu, gdzie jestem, gdyby nie praca nad „Kwiatami…”.

N: Co myślisz o wiedzy Polaków o Azji? Jaki byłby twoim zdaniem dobry sposób na doedukowanie uczniów na ten temat?

K: Powiem tak – wiedza na temat Azji jest mocno przeciętna. Nie dlatego, że Polacy są „głupi”, albo dlatego, że się nie interesują. Uważam, że jest przeciwnie. Im więcej piszę na swoich mediach społecznościowych, im więcej dodajemy książek w Tajfunach (nawet na specjalistyczne tematy), tym więcej ludzie się tym interesują, chcą wiedzieć więcej i coraz bardziej szczegółowe rzeczy. Chcą poznawać nie tylko mainstreamowi i oklepane tematy, ale także takie nisze wewnątrz nisz. Dostajemy naprawdę masę wiadomości czy maili.

Zaczęłam jakiś czas temu „Tajfunowe przypisy”,podcast w o Azji i w ogóle o tym, jak kreowana jest narracja na jej temat, bo stwierdziłam, że warto by się podzielić wiedzą, która pomoże rozebrać na części największe stereotypy dookoła Azji. Opowiadam głównie o Japonii, bo najlepiej się na niej znam, lecz to, jak się kreowała tożsamość narodowa, równie dobrze można przyłożyć do krajów europejskich, także do tego, jak stworzona została w Polsce.

 W szkole wydawało mi się, że historia jest nudna i po co się tego uczyć. Dopiero na studiach miałam farta i poznałam fajnych nauczycieli, którzy prowadzili zajęcia tak, że siedziałam oszołomiona, bo nagle zdałam sobie sprawę, że to tak cholernie potrzebny i fascynujący przedmiot. Miałam 19 lat i naprawdę do tej pory nie przypuszczałam, że historia może być jakkolwiek ważna. Do tej pory historia oznaczała, że jak miałam ją po długiej przerwie, to nie musiałam biec do góry, bo można się było spóźnić. Wydaje mi się, że nieważne, o jakiej części świata mówimy, to nie uczymy się o tym w taki sposób, by miało to dla nas znaczenie, a jeśli go nie ma, to oczywiste, że nie chcemy się tego uczyć. Ktoś się może interesować, bo jest akurat historycznymnerdem – ale dopóki ktoś nie jest związany emocjonalnie, zżyty z tematem, to sam z siebie nie sięgnie po to.

Z drugiej strony są media, które zarabiają na klikalności. Sprzedaje się to, co się klika –bo kliki generują reklamy, a te generują pieniądze. Wiadomo więc, że nagłówki będą krzykliwe. „Japończycy nie uprawiają seksu” i tak dalej. Japonia jest świetnym materiałem – większość z nas tam nie pojedzie, nie zna historii i nie rozumie języka, więc bardzo łatwo przerobić kilka oklepanych obrazków na dziwne klikane fantazje na temat Japonii. Jest tego masa, bo to się dobrze sprzedaje, a żyjemy w takim systemie, że dobra sprzedawalność generuje jeszcze większy przyrost tego typu rzeczy.

Uważam, że macie szczęście, bo 10 lat temu nie było tylu blogów – i tak łatwo dostępnej sensownej wiedzy. Niemniej dla wielu osób jedyny kontakt z historią, jaki będą mieć, to uczenie się w podstawówce i liceum w kółko tego samego. Dla mnie i wielu moich rówieśników historia była czymś dla starych ludzi i nie miała wspólnego nic z tym, co robimy. Gdybym nie poszła na japonistykę, to bym miała pewnie to samo podejście – po co się uczyć historii Chin, jak ja ledwo co znam historię Polski. Ogólnie uważam, że problem tkwi w sposobie, w jaki się uczymy – bo jeśli nie umiemy sensownie nauczyć się o Polsce, jak mamy niby uczyć się o Azji?

N: Gdybyś miała wybrać jedną japońską książkę, którą Polacy powinni czytać, na przykład w szkole, jaka by to była?

K: Myślę, że „Zmierzch” Osamu Dazaia (polskie tłumaczenie autorstwa Mikołaja Melanowicza). Darzę tą książkę fanatyczną miłością. Pokazuje ciekawy obraz japońskiego społeczeństwa po przegranej II wojnie światowej. Kiedy mówimy o wojnie, zwykle robimy to w kontekście polskim albo europejskim. Wydawać by się mogło, że świat skupiony jest na naszej historii, że jest ona najważniejsza (oczywiście nie ujmując cierpieniu pokrzywdzonych). Ludzie doświadczyli podczas II wojny światowej wiele złego w naprawdę różnych rejonach świata i „Zmierzch” to dzieło, które pokazuje nam, jak ludzie (nie) radzili sobie z nowym ładem świata po wojnie. A przy okazji Dazai pisze w tak cudowny literacko sposób, że wracam do niej regularnie i znam niektóre fragmenty na pamięć. Nie bez powodu była to pierwsza książka wydana przez Tajfuny.

Ze współczesnej literatury polecę „Dziewczynę z konbini” Sayaki Muraty (na polski przyłożył ją Dariusz Latoś) – to książka ważna, pokazująca rolę kobiety we współczesnym świecie, oraz to, że tak naprawdę w kwestii społecznych oczekiwań przez ostatnie dekady niewiele się zmieniło. Nadal oczekuje się od nas, że przede wszystkim będziemy miały dzieci, mężów, a jeżeli mamy z tego rezygnować, to tylko po to, żeby robić jakąś sensowną karierę i wielkie pieniądze w korpo, a nie pracować w jakiejś Żabce, jak bohaterka książki. W ogóle czy to nie słabe, że oceniamy, jaka praca jest godna, a jaka nie? Założenie jest takie, że mamy ciągle się rozwijać, ciągle się bogacić, ciągle się piąć w górę tej klasowej piramidy. Ta książka pokazuje, że to bez sensu. Fajne jest to, że przy okazji narratorka nie jest osobą, którą jakoś specjalnie lubimy, lecz pomimo tego widzimy w niej siebie.

H: Co do japońskiego szkolnictwa – spojrzenie na nie (szczególnie w Polsce) jest bardzo stereotypowe. Jak byś się do tego odniosła? Jak postrzegamy stereotypowe japońskie szkolnictwo i czy dostrzegasz jakieś podobieństwa z tym naszym?

K: Wydaje nam się, że Japończycy kochają się uczyć i są zawsze zorganizowani i grzeczni, siedząc pięknie na lekcjach, że są dobrzy z matmy. Uznajemy ich wręczza nadludzi. Uczą się od 7:00 do 22:00, ale kochają to robić, bo to taki „ciężko pracujący” naród. Tak naprawdę jednak w rozmowach z Japończykami w kontekście szkoły przewijają się glównie tematy przemocy, beznadziejnych nauczycieli, poczucia bezsensowności. Kiedy słuchałam kolejnych opowieści na ten temat,cieszyłam się, że nie było mi dane chodzić do szkoły w Japonii, wystarczyły mi dwa pobyty na japońskich uniwersytetach, żeby wiedzieć, że to nie to.

W Polsce też zresztą nie jest najlepiej. Dopiero z czasem zaczęłam zauważać, że takie rzeczy też miały miejsce u nas. To nie jest tak, że w dobrych i prestiżowych szkołach nie ma problemów. Rodzicom pewnie wydaje się, że „dobrze, że moje dziecko chodziło do dobrej szkoły i nie doświadczyło takich rzeczy”. Zdarzyło się. To wszystko było u nas może na inną skalę, ale wciąż się zdarzało.

Kiedy czytamy o innej kulturze, to wydaje nam się, że w takiej Japonii jest źle i dobrze, że u nas tak nie jest. Ale naprawdę ta książka mogłaby być o Polsce. My też, jako kobiety, doświadczamy dyskryminacji na rynku pracy, w rodzinie. „Kwiaty w pudełku” były dla mnie też procesem zrozumienia siebie. Często bohaterki tłumaczyły się, że tak po prostu u nich jest, że „takie życie kobiety”. I im jestem starsza, tym częściej słyszę to dookoła siebie w Polsce.. Bez względu na to, czy chodzi o studia, czy o szkołę, to widzę naprawdę dużo podobieństw. I chciałabym, żeby to właśnie była rzecz, którą wyniosą z tej książki czytelnicy i czytelniczki – że Japonia to nie jakaś kraina mlekiem i miodem płynąca, i że jesteśmy do siebie o wiele bardziej podobni i podobne niż nam się wydaje.

Wywiad przeprowadzały dla Was Helena Burdzińska i Natalia Nitras.

Może Ci się również spodoba

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.