Straszne historie

Zjawa z miejsca, gdzie nikogo nie było

Popołudniowy dzwonek zwiastujący koniec lekcji właśnie wybrzmiał, a uczniowie zaczęli rozchodzić się do domów. Był piątek i każdy chciał już opuścić szkołę. Wizja nieprzejmowania się nią przez następny wieczór wydawała się Ani bardzo przyjemna, a idąc do szafki na trzecim piętrze, odwracała tą myślą uwagę od katorżniczego wysiłku, jaki sprawiało jej wchodzenie po schodach.

            Zdyszana doszła pod szafkę i zabrała z niej kurtkę, po czym skierowała się w stronę wyjścia. Zaczepił ją jednak pan w zielonej koszulce, który łapał się uporczywie za plecy.

            – Hej, ty! Pomożesz mi?

            – Pewnie – odpowiedziała Ania, chwytając od razu za niesione przez dozorcę pudło.

            – Nie wierzę. Powinni sami nosić swoje graty na dół.

            – Co to takiego? – spytała zaciekawiona.

            – Sam nie wiem. Kazali znieść to znoszę.

            – A gdzie to znosimy?

            – Na sam dół – odpowiedział, wskazując na dużą szachownicę wymalowaną na podłodze, która znajdowała się w zamkniętej i odgrodzonej zazwyczaj części szkoły.

            Ania zamarła. O tamtym miejscu słyszała jedynie w legendach. Co prawda nigdy nie wierzyła w te bajki, ale delikatny strach dmuchał jej teraz nieprzyjemnym, chłodnym powietrzem prosto na kark. Myśli te zajęły ją do takiego stopnia, że nie poczuła, jak z jej tylnej kieszeni wypadł portfel.

            Kiedy znalazła się na samym dole, rozejrzała się dookoła. Było tam więcej klas niż wcześniej myślała, a ściany miały przyjemny, beżowy kolor.

            – Przepraszam, gdzie mam odstawić to pudło? – spytała. – Jest trochę ciężkie.

            Nie uzyskała jednak odpowiedzi. Pana woźnego nigdzie nie było. Nim zdążyła lepiej się nad tym zastanowić, coś pociągnęło ją za kostkę i wywróciło wraz z pudłem na ziemię. Uderzyła przy tym głową w podłogę, przez co straciła przytomność.

…………………………………………………

            – Szymon! – zawołała mama.

            – Tak?

            – Ania coś długo siedzi w szkole. Pójdziesz po nią?

            – Nie jestem od pilnowania, gdzie chodzi. Poza tym jest teraz w liceum, więc jestem pewny, że da sobie radę sama.

            – Masz po nią iść i bez dyskusji!

            Szymon stęknął, ale posłuchał mamy. Nie miał zresztą w planach żadnych lepszych zajęć, bo zdążył już odrobić lekcje. Kiedy przyszedł do szkoły, zaczął chodzić po korytarzach i sprawdzać pojedyncze, niezamknięte jeszcze klasy. Nie mógł jednak nigdzie znaleźć Ani, więc poddał się po wpadnięciu na kółko ekonomiczne i popędził do domu. W trakcie schodzenia ze schodów kątem oka zauważył leżący na dolnym piętrze portfel, który bardzo przypominał ten należący do jego siostry. „Tam można w ogóle wchodzić?” – pomyślał, jednocześnie sprawdzając, czy ktoś przypadkiem go nie widzi.

            Na dole powitał chłopca niecodzienny widok starego, podniszczonego wejścia oraz równie zastanawiające głosy, które nawoływały Szymona do podejścia bliżej. Posłuchał ich i wszedł do ciemnej jak noc klasy, a drzwi zatrzasnęły się za nim. W pokoju widniała świecąca sylwetka ucznia, prawdopodobnie w jego wieku, trzymająca dłonie na głowach Ani i pana woźnego. Obie postaci wpatrywały się pustym wzrokiem w podłogę.

            – A ty kim jesteś? – spytał Szymon.

            – Jestem Wojciech, zjawa tej klasy.

            – I co robisz tu z moją siostrą?

            – Zginąłem pięć lat temu w klasie od WOS-u na zawał serca po tym, jak nie nauczyłem się na sprawdzian. Od tamtej pory porywam uczniów, którzy także nie przygotowali się do szkoły.

            – Skoro porywasz uczniów, to dlaczego porwałeś też pana woźnego?

            – Szkody kolateralne – odpowiedział szyderczym tonem. – Jako że jest piątek i mam dziś dobry humor, dam ci szansę ich ocalić. – dodał.

            – Co muszę zrobić?

            – Odpowiedz mi na jedno pytanie.

            – Strzelaj.

            – Co jest szare, straszne, kojarzy się ze śmiercią i znajduje się w sali sto dwadzieścia dwa?

            – To proste, czaszka.

            – S-skąd to wiesz?

            – Każdy wie, że jest tam czaszka, a poza tym chodzę na IPN-y.

            – Przeklęte humany.

            – Widać, że nie znasz tej szkoły.

            Duch nic nie odpowiedział. Szymon zauważył, że do oczu porwanych powróciło życie. Otworzył drzwi i machnął ręką ku wyjściu. Zjawa nie dała jednak za wygraną i kiedy rodzeństwo wraz z panem woźnym biegli ku wyjściu, rzuciła się w ich kierunku. Dozorca zatrzymał ją jednak, krzycząc:

            – Uciekajcie! Zatrzymam go!

            Drzwi poprowadziły Anię i Szymona na Plac Czerwony, znikając zza ich pleców, kiedy tylko przeszli przez ich próg. Trudno było im uwierzyć w to, co właśnie się stało. Pan woźny został w środku, a oni mogli tylko zastanawiać się, co się z nim stało.

            W poniedziałek, kiedy zdążyli już ochłonąć i dawno uznać piątkowe wydarzenie za dziwną, zbiorową halucynację, zeszli do szatni, aby zostawić tam kurtki. Na ręce jednej z pań zauważyli jednak czarne, żałobne opaski.

            – Przepraszam, dlaczego noszą panie te opaski?

            – Och dziecko, jeden z dozorców zmarł we śnie. Dowiedzieliśmy się wczoraj.

Jakub Szymczak

Spooky scary skeletons, 1996

Tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiąty szósty rok, Kalifornia. Od zawsze wiadomo było, jak strasznie strasznymi, a wręcz potwornymi istotami są kościotrupy. Też tak myślałem, udając się do lasu pełnego mroku, chociaż księżyc górował tej nocy w pełni. Drzewa przypominały nieprzyjazne, złowrogie stworzenia, które wyglądały jakby chciały złapać mnie w swoje sidła. Otaczały mnie przy tym zarówno cisza, jak i hałas – słyszałem z oddali krzyki, każdy suchy liść szeleszczący pod moimi stopami, swój nierówny ze strachu, zmęczenia i zimna oddech oraz poruszający koronami drzew wiatr.

            Czułem, że dostaję gęsiej skórki na myśl o wszystkich strasznie strasznych kościotrupach, które mogły kryć się pomiędzy drzewami. Nigdy nie doświadczyłem takiego strachu jak wtedy i wiedziałem, że będę chciał zrelacjonować tę noc bardzo dokładnie. W pewnym momencie na swej drodze dostrzegłem coś, czego w gruncie rzeczy się spodziewałem – a jednak nie mogłem uwierzyć w ten przeraźliwy widok. Była to czaszka krzycząca u moich stóp. Przerażony zacząłem uciekać od niej ile sił w nogach. Moja kondycja była jednak wyjątkowo słaba, więc po krótkiej chwili musiałem zatrzymać się, żeby złapać oddech. Nie trwało to jednak długo – kiedy rozejrzałem się naokoło w poszukiwaniu innego – z pewnością  nieżywego – obiektu, szybko coś dostrzegłem. Do mej osoby zbliżała się postać w stanie dość marnym – w podziurawionym, brudnym i niedbale zarzuconym stroju oraz z opadającą twarzą, która składała się z samych kości. Z zaskoczenia nie mogłem wcale się ruszyć, a przemówienie marnej postaci tylko spotęgowało mój strach.

            Nie była to mowa zrozumiała. Przypominała z początku bardzo piskliwy bełkot, który sprawił, że zadrżałem. Nie mogąc się wciąż ruszyć, próbowałem jednocześnie wynieść coś z tego pisku zombie, a oczyma wędrowałem dookoła lasu, by ujrzeć więcej strasznie strasznych kościotrupów. Wychodziły one z czegoś, czego przez mrok nie potrafiłem dokładnie rozpoznać, dlatego uznałem to za pewnego rodzaju sarkofag, w którym zostały pochowane wiele lat temu. Trzeba jednak przyznać, że jak na ich aktualny stan miały teraz świetną formę. Otaczało mnie coraz więcej niewyraźnie wydawanych przez nie odgłosów, ale zauważyłem, że wcale nie chcą mi zrobić krzywdy, a bardziej coś powiedzieć. Trzeba przy tym przyznać, że robiły to bardzo niepewnie.

            Podjąłem próbę komunikacji i opanowując nerwy, tłumaczyłem im, że zdecydowanie nic nie rozumiem i żeby przekazały mi swoją wiadomość w inny sposób. Absolutnie nic to nie zmieniło w ich zachowaniu, co zaczynało mnie coraz bardziej irytować. To nie mi zależało na konwersacji z nimi. W emocjach porwałem patyk z ziemi i podarowałem go temu, który wyglądał na najbardziej sprawnego i wskazałem na ziemię. Zdecydowanie nie był to dobry pomysł. Nie złagodziło to mojego nastroju, bo robił to bardzo powolnie (a przecież specjalnie wybrałem tego w dobrej formie), a przy tym wydawał dużo piskliwych odgłosów. Po dłuższym czasie zrozumiałem, że te dźwięki były jego śmiechem. Kiedy wybraniec ostatecznie skończył swoje dzieło będące ostateczną próbą komunikacji, spojrzałem na napisane koślawo oraz z widocznym wysiłkiem na ziemi:

                        Chcemy się jedynie uspołecznić

            Zaśmiałem się, a następnie, rozglądając się po moich niezbyt żywych towarzyszach, połączyłem fakty. Kościotrupy są okropnie niezrozumiane. Uważane za takie strasznie straszne, nie miały przecież szans na uspołecznienie się, a ich marny wygląd, trudności z komunikacją, powolne ruchy czy piskliwe głosy nie ułatwiają im tego. Strasznie straszne kościotrupy czują się zatem strasznie onieśmielone jakąkolwiek interakcją, a jednocześnie rozpaczliwie pragną ją podjąć – z tego powodu powolne ruchy zamieniają się niemal w zakradanie, gdy napotkają na drodze żywszą od nich osobę. Nic jednak nie poradzą na to, że worek kości wygląda raczej niebezpiecznie.

            Powinniśmy zatem, jako istoty żywe, zdecydowanie je przeprosić za okropne mity, jakie narosły wokół ich przyjaznych zamiarów uspołecznienia się. Nie mogę jednak powiedzieć, że nadają się do tego, a właściwie – myślę, że nie powinny tego robić…

Sandra Pośpiech

Straszyli was Jakub Szymczak i Sandra Pośpiech

Może Ci się również spodoba

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.